piątek, 31 października 2014

Kraina Muzyki

[sprzed roku]
Listopadowy wieczór. Właściwie popołudnie, ale ciemno całkowicie. Chodnik wzdłuż ulicy w zasadzie normalny, ale po ciemku zdaje się być okropnie wyboisty. Czy to gałązki żywopłotu stukają o moją torebkę i kurtkę czy to warkocze plecione z zimnego deszczu? Potem jeszcze kilkanaście kroków przez równie nieoświetlony dziedziniec, schody, wejście... i dalej uderza już światło i ciepło wnętrza budynku. Parujące wilgocią korytarze i moje okrycie wyglądają dość tajemniczo - jakby ktoś rozprzestrzenił magiczny dym...
Atmosfery niezwykłości dodają dźwięki dochodzące z kolejno mijanych sal. Szparami pod drzwiami, niesfornie, snuje się muzyka: tu skrzypce, tam lekki flet, a dalej fortepian powtarza kilka taktów. 
Pędzę wyżej, na kolejne piętro, a tam znów mrok. Przez wielkie okna szkolnego korytarza nie wpada światło, bo nie ma go i na zewnątrz, za to szyby grają uderzane milionem kropel. Szesnasteczki. Puk - puk, kap-kap.
Biegnę dalej, bo nie chcę, nie mogę się spóźnić!
No horyzoncie otwarte drzwi szkolnej auli wypuszczają snop światła na wypastowaną podłogę. Stąpam szybko po nierównościach błyszczącego linoleum, gonią mnie jakieś mocne akordy z pierwszego piętra. Ale już wchodzę do auli, udało się.
Zdążyłam. Moja córka bieli się galową bluzką przy fortepianie na podwyższeniu auli. Głęboko oddycham, już siadam. Za chwilę koncert.
...
Z zewnątrz typowa tysiąclatka, szkoła jakich wiele. Trochę betonu, boisko w pobliżu, blokowisko wokół. Drzwi zupełnie normalne, nie dźwiękoszczelne.
A w środku magia, kraina muzyki. Sączą się dźwięki, suną po burej lamperii, tej praktycznej. Na podłodze futerały, nuty, trampki.
Świecą się oczy.
Szkoła Muzyczna.

Meteokuchnia

[latem]   Na ucisk w głowie przed nadchodzącą burzą medycyna pod postacią lekarza rodzinnego nic nie poradzi, zasugeruje by się raczej stuknąć w tę głowę. Nie ma też wzoru ani algorytmu na stopień tzw. senności niepohamowanej w zależności od wysokości ciśnienia atmosferycznego. "To jakieś szarlatańskie wymysły!" stwierdzą niektórzy wedle wykładni NFZ. "Meteopatia to bzdura!".
Ale ktoś, kto odczuwa podatność swojego organizmu na zawirowania pogody, wie o czym mowa.
Poczucie jak bardzo jest się częścią oceanu światowego i atmosfery jednocześnie. Obserwacja tego jak nasze 70% ciała czyli woda poddaje się zmianom ciśnienia i ulega tym samym siłom, które ogrom kropel wody zawieszają na niebie i rzeźbią z nich chmury - to dość wyjątkowe wrażenie. Zwykle zbyt mocne, by pomieścić się w głowie. Może stąd jej ból.
Więc wtedy, gdy atmosfera ciśnie nas zbyt mocno lub słabo, ratujmy się radykalnymi metodami.

Otwieram kuchenne okno nie zważając na obłąkane przedburzem komary. Ciemno już, chociaż letni wieczór dziś przyszedł wcześniej z winy skłębionej warstwy granatowych chmur. Warzywa kroję z pasją, choć nierówno, byle szybciej, byle mniej schylać się, bo wtedy głowa boli mocniej. Duchota i wilgoć tak intensywne, że gaz pod patelnią ledwo się udaje zapalić. Oliwa jednak szybko otula kawałki letnich papryk, pomidorów, cukinii i razem już podskakują niecierpliwie mięknąc i błyszcząc naoliwione.

Przy wsypywaniu przypraw ziołowych towarzyszą mi dalekie pomruki grzmotów. Zgniecione, pachnące, dużo, ostro... Może nieco nieostrożnie nachylam się nad aromatyczna inhalacją czyli patelnią z warzywami, ale to nie do opanowania. Może minie ten uporczywy ból głowy?

Właśnie kiedy do potrawy na koniec dosypuję obficie świeżo zmielonego pieprzu, powietrze tuż za oknem przeszywa trzask grzmotu tak bliski, że jednoczesna błyskawica elektryzuje osiedle na moment jasnoniebieskim światłem.

To ostatnia, sekretna ingrediencja.

Danie gotowe, deszcz lunął cały naraz, po bólu głowy nie ma śladu. To moc kuchni meteopatycznej i pikantnej iskry z chmur. A danie jeszcze czeka i paruje.

wtorek, 3 czerwca 2014

Wronę pod obronę

Dzień Dobry,

Zwracam się z uprzejmą prośbą do Szanownej Społeczności, by wzięła pod obronę moją rodzinę. Z największym wysiłkiem próbuję wychować moje potomstwo, co w dzisiejszych czasach nie jest łatwe. Miejsc odpowiednich na budowę domu jest coraz mniej, a od zbudowania do wychowania dzieci jeszcze długa droga. W tym roku po wielkim przeżyciu, jakim było dla mnie widok wyciętych drzew wzdłuż rzeki nazywanej przez ludzi Odrą, prawie podupadłam na zdrowiu. Nasz zeszłoroczny dom na gałęzi zniknął wraz z... gałęziami oraz całą resztą drzew.

Tylko jakaś niezłomna siła, nazywana przez niektórych instynktem, kazała mi poszukać miejsca na gniazdo w pobliżu. Wprawdzie miejsce to nie to samo co nasz dawny dom w koronie liści przy samym bulwarze wzdłuż Urzędu, z malowniczym widokiem na rzekę.. Ale okolica ta sama i pomyślałam, że najlepiej będzie w tym roku młode odchować w znajomym rejonie, zaledwie do drugiej stronie Długiego Budynku Urzędu Marszałkowskiego. Niestety nie tylko ja tak pomyślałam, ponieważ wiele bezdomnego po wycince ptactwa  nerwowo szukało swego nowego lokum. Trochę kłótni doświadczyliśmy, ale udało się!
Znalazłam dorodne drzewo i choć bliżej ludzkiej ulicy, choć warunki niedoskonałe - to tutaj złożyłam jaja i próbowałam wykarmić młode.

Nie lubię narzekać, ale niestety ludzie wciąż chcą więcej i więcej. Moje pisklęta przecież nie rosną wolno, o nie! Pałaszują i już nie mieszczą się w gnieździe, więc nie zajmie to wiele czasu, gdy gotowe będą do lotu w świat. Jako matka, dumna jestem z moich wroniąt. Tylko nieco cierpliwości, a jej właśnie nie mają za grosz Ludzie, moja Droga Społeczności!

Dlaczego Ludzie tak blisko podchodzą w czasie, gdy moje dzieci wciąż ledwo podfruwają? Dlaczego nie reagują na moje ostrzegawcze okrzyki, które rozumie przecież każde inne stworzenie!? Podjeżdżają ciasno pojazdami pod samo nasze drzewo i stwarzają zagrożenie moim dzieciom, które przecież muszą uczyć się znajdywać pożywienie wokół drzewa!
W takich warunkach nie da się budować rodziny! Podobno Ludzie nie należą do gatunków głupich, choć sądząc po tym kompletnym braku rozumienia sytuacji i moich ostrzeżeń, zaczynam w to wątpić.
W ostatnich dniach musiałam uciec się do przemocy i kilkoro Ludzi porządniej nastraszyć.
Wiadomo, że zdrowie i przyszłość Piskląt najważniejsza!

Dlatego więc proszę Droga Społeczności WROn, GaWROnów i Kawek Miasta WROcławia o interwencję. W ramach obywatelskiej solidarności.

Z poważaniem,

Wrona Marianna.

PS. Tu poniżej obraz - wspomnienie jednego z wyciętych w okolicy drzew.

PPS. Na dowód tego, że Ludzie postępują zupełnie nieracjonalnie, podam przykład naszej kuzynki. W zeszłym roku przy ul. Pawłowa miała ona z rodziną cudne gniazdo-marzenie. Okolica cicha chociaż blisko centrum i zapasów jedzenia. Teren był ogrodzony, bo ludzie nie wpuszczali tam pojazdów, a co więcej chowali tam swoje stado piskląt, przepraszam: dzieci. Nazywają to przedszkolem. Moja kuzynka liczyła na dobry lęg i zdrowe potomstwo, ale jakież było jej oburzenie, gdy ludzkie pisklęta nie szanowały zwyczajnych wronich ostrzeżeń a dorośli ludzie wręcz agresywnie na nią nastawali, jak też i na jej rodzinę. Była kłębkiem nerwów, a najgorsze stało się, gdy Ludzie przenieśli jej gniazdo! Aż żal mówić co stało się z jej dziećmi!..




piątek, 31 stycznia 2014

Zakamarki edukacji

Wasze dzieci nie są waszymi dziećmi.
To synowie i córki Życia,
Powołane dla Niego samego.
(…)
Możecie ofiarować dom ich ciałom,
Ale nie duszom,
Bo dusze tych dzieci mieszkają w domu jutra,
Którego nie możecie nawiedzić nawet w marzeniach.
Kahil Gibran

Obecnie, gdy dorośli przygotowują plan kształcenia dzieci, tak naprawdę próbują wyłonić z niebytu przyszłość. Bo jak odkryć TO, na co ma wykształcenie przygotować, co umożliwić, skoro nie potrafimy nawet w sposób przybliżony powiedzieć jak będzie wyglądać świat za 10-20 lat? W jaką wiedzę i umiejętności wyposażyć, żeby nie stały się bezużytecznym plikiem zżółkłych notatek?

Doświadczyć powinny nas nauczki z przeszłości. Chichoty czasu nad ofiarami mitów wykształcenia.
Zmiany są tak szybkie, że może już za pięć lat potomstwo nam parsknie śmiechem w twarz, bo program edukacji będzie tkwił korzeniami w świecie, który zdąży przeminąć.

Byli już w historii absolwenci międzywojennych gimnazjów z XX wieku o tak wysokim poziomie, że dzisiejsi magistrowie mogliby nie dotrzymać kroku.

Były też ofiary matury zdanej w PRLu, którzy teraz przed emeryturą szukając pracy wpisują w rubryce: wykształcenie średnie. „Niedouki jakieś? Studiów nie mógł taki skończyć?” – krążą myśli młodej pracownicy Urzędu Pracy. I niewiele wynika z faktu, że wiedza matematyczna tego abiturienta ’70 prześciga wielu dzisiejszych inżynierów…

A co z tymi, którzy ukończyli zawodówki, by szybko solidną pracę zdobyć i fachem budować powojenną Polskę? Dziś przez młodych są widziani jako niewykształceni. Zadrwiła z nich historia. Ich świat się zmienił.

Okropnie zakpił chochlik zmian ze staruszki, która przesiaduje teraz na ławce. Jej świadectwo zaginęło w mrokach wojennego czasu, ale ile by dziś było warte? W latach 30-tych wychodziła dzielnie przed świtem co dzień do sąsiedniej wioski, dziesięć kilometrów.  Aby ambitnie skończyć.. szóstą klasę jak żadne inne z jej rodzeństwa. Dziś wydaje się być prawie analfabetką - dla kogo? Własnego wnuka, który jako jeden z tysięcy właśnie skończył studia zaoczne.. Przemknął, musnął wiedzy, może skopiował kopie, poprawił poprawkowe.. I trzyma teraz dyplom, który dla jego rodziców jeszcze jest znakiem pewnej nobilitacji...

Minie trochę czasu, a ten znów wykrzywi coś, zweryfikuje, dyplomy zakurzy i kolejny raz zakpi.

Czas czeka na godnego przeciwnika – na rewolucyjny system kształcenia. Gotowe recepty i poszufladkowana wiedza przestały przecież być użyteczne już kilka pokoleń temu.

Na pewno w błyskawicznie zmieniającej się dzisiejszej rzeczywistości proces edukowania młodych nie powinien przypominać stopniowego lepienia kawałka gliny. Raczej musi wyglądać jak wszechstronny trening przed ekstremalną wyprawą…  Z naciskiem na odważne i nowatorskie myślenie. Wpajanie wiary w to, że dobrze jest samodzielnie uczyć się przez cały czas… Wtedy nie wpadnie się w archaiczną pułapkę systemu edukacji.  I żaden absolwent nie będzie ukształtowaną figurą lecz sam usiądzie by własnoręcznie wytworzyć narzędzia .  
Takie, które z kolei wyrzeźbią kształt przyszłości.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Mroźne duchy

Siedza takie mroźno-szroniaste, niewidzialne postacie na wielu przystankach w ostatnie zimne poranki..

poniedziałek, 14 października 2013

Droga

Droga bywa niejasna. To co widzimy, jest wycinkiem, ekscytuje nas to co za zakrętem.
Ci co myślą, że dobrze wiedzą gdzie są i dokąd idą, też się czasem mylą. I dobrze :)

Na zdjęciu stara droga na Niskich Łąkach we Wrocławiu. Poniemiecka kostka, obok wrastająca bujna i dzika zieleń. Kilka metrów dalej - pasą się konie, na drodze często wygrzewa się kotka i jej tegoroczne młode. Droga donikąd, bo dalej tylko tereny wodonośne, a tam zakaz dla dwunogich.

Ale niestety  d l a  t e g o  m i e j s c a  odliczanie trwa i już za kilka miesięcy będzie tu jeden z odcinków obwodnicy Wrocławia.
Czy na pewno droga poprowadzi wtedy dalej?..



środa, 31 lipca 2013

Miejskie pory roku

Przyroda ma swoich pionierów zmian. Są wiosenne przebiśniegi przebijające się spod śniegu, są też i zimowity witające zimę. Wszystko ma swój zwykły czas i miejsce, co nie znaczy oczywiście, że anomalie się nie zdarzają. Nietypowe zmiany są niesfornym przymierzaniem się przyrody do nowego porządku ("zobaczmy które rośliny wytrzymają majowe upały...") albo tylko absurdalnym żartem, jednorazowym wyskokiem.
W mieście czasem sprawy są wywrócone do góry nogami.

W kwietniu idąc ulicą zachwyciłam się białym kwieciem spadającym na ulicę.
Dopiero po chwili zorientowałam się, że to nie kwiaty tylko lekkie styropianowe kulki niesione wiatrem spod ocieplanych własnie bloków. Ale chwilowa radość - kilka punktów w górę.

A jaki jest zapach pierwszych ciepłych wieczorów? Wyjdź na balkon a otoczy Cię duszący aromat dymu z papierosów. Bo przecież wreszcie po nieprzyjaznej dla palaczy zimnej porze roku, można się "przewietrzyć".

A co zwiastuje pierwszą falę letnich upałów w mieście? Wysyp kichających i kaszlących, nie przywykłych do odpoczywającej przez pół roku klimatyzacji. Może z przyrodniczego punktu widzenia rozsiewanie przez nich infekcji jest równie potrzebne jak pylenie traw. Możliwe.

Ludzie w swoim myśleniu magicznym widzą znaki nawet tam, gdzie ich wcale nie ma.

Ale czy fakt, że już na początku lipca kasztany są tak duże jakby za chwilę miały na rudo kulkami ubarwić trawę pod drzewami - to nie jest znak czegoś?..

Kasztanowce zaatakowane przez wszędobylskiego już szrotówka-szkodnika tracą liście o wiele za wcześnie, a żeby przetrwać próbują zakwitać jeszcze raz... ale ponieważ to nic nie daje to inną opcją jest inwestycja w potomstwo.

Większe i wcześniejsze kasztany to wołanie drzew o ratunek. Im więcej rozbitek na bezludnej wyspie wyrzuci butelek z wiadomością, i im butle te będą solidniejsze... tym większa szansa rozbitka.
Więc pakują te postawne drzewa mnóstwo energii w kolczaste kasztany już od wiosny, niech będą mocne i liczne, niech rosną zdrowo...

Tak to drzewa po swojemu walczą o przetrwanie, a człowiek nieświadomy tylko pokręci nieraz głową: "Jak w tym mieście pory roku są dziwne, ledwo początek wakacji a kasztany jak jesienią".

sobota, 1 czerwca 2013

Dzieciakowo

Fantazji i autentycznych przyjaciol nie tylko z okazji Dnia Dziecka :)
Do zyczen mysle, ze sie dolacza Stworki z graffiti na scianie biblioteki na Kozanowie.

sobota, 18 maja 2013

Z widokiem na weekend

Dzis, w piątek, pod wieczór.
Od kilku godzin zbiera się na burzę.
Czas oczekiwania urozmaicają ciepłe podmuchy wiatru, które wybrzuszają firanki i zrzucają z balkonów bieliznę. Szczyty topoli kłaniają się na północ.

Stoję w kuchni z włączonym mikserem w ręku, końcówki ubijające ubijają, a ja wpatruję się przez okno w horyzont.
Z dziewiątego piętra, zakładając że nie opuszczam wzroku, widzę za nowym wałem kozanowskim tylko bujną i soczystą zieleń nadodrzańskich lasów i dalej, łagodne fale Wzgórz Trzebnickich.

Wyłączam się i nie słyszę hałasującego miksera, tylko próbuję wytrzymać trzy minuty bez nawet małego zerknięcia do pojemnika z ubijaną masą. Cierpliwa jestem przecież...

Ale tego, żeby minąć jutro te wzgórza, jechać dalej na północ i znaleźć się już jutro w krainie Doliny Baryczy - tego nie mogę się doczekać...
Już i tak tyle tego kwitnienia i buchania zielenią mnie ominęło... Miasto za długo przytrzymywało mnie w swoim betonowym uścisku. Chcę już! Teraz!

Już wiem co pomoże mi przetrwać ostatnie godziny przez wyprawą w moje ukochane Lasy. Minęły już nie trzy ale z pięć minut, więc spoglądam do pojemnika i wyłączam mikser.

Udało się! - w środku puszy się ubita na puszystą pianę tłuściutka śmietanka do...

pierwszych w tym roku...

 TRUSKAWEK! :)


Jasne zasady

Idąc przez centrum Wrocławia zauważyłam próby przejęcia władzy nad pogodą na terenie posesji.
A co na to Tlaloc - bóg deszczu? :)


środa, 8 maja 2013

Klika, lubi, lajkuje

Rozpanoszyła się zabawna moda na szafowanie słowem "lubię". Oczywiście fala licznych polubień przetacza się wraz z rozpowszechnianiem się portalu "Księga Twarzy" :).
W przypadku niektórych osób serca, umysły czy inne lokalizacje emocji zdają się być niewyczerpane pod względem możliwości lubienia wszystkiego.
Ale czas na ostrzeżenie...
Nie przywiązujmy się do obfitych polubień nas czy też tego co robimy, mówimy, tworzymy.
Nie pompujmy sobie baloników ego.
To pomyłka zwykła!
:)
Przede wszystkim jak jacyś niedouczeni z języka angielskiego, który dla wielu nie jest już wręcz językiem obcym, dajemy się łapać na podwójne znaczenie słowa "like".
Nie zapominajmy lekcji, powiedzmy, nr 39, kiedy uczyliśmy się, że czasownik "like" ma nie tylko znaczenie "lubić", ale też "(s-)podobać się". A przecież lubienie jest właściwością znacznie trwalszą niż podobanie się.
Z jakiegoś powodu ta granica akurat w angielskim nie jest tak wyraźna i od spodobania się do polubienia przechodzi się płynnie jak z poranka w południe...

Ale myśląc i wyrażając się po polsku spostrzegam, że o ile mogę generalnie lubić kolor niebieski, to nowa (nawet niebieska) koszula koleżanki może mi się jedynie podobać. Podoba mi się, bo taki mam nastrój, chwilowy kaprys i bez zbędnych analiz - tak jest i już! Może impresja błękitu ubrania i bladej ściany wywołała ten stan. Może mnie w tym momencie urzekł kołnierzyk, czy guziki...
Zdecydowanie jednak nie zapałałam do tej koszuli uczuciem, no kpina... Jak mogę ją lubić po 2 minutach? :)

Najpewniej polskie lubienie w "Księdze Twarzy" i potem wtórnie, w innych obszarach zrodziło się z powodu banalnego. Wygody i zgrabnego rozmiaru. "Podoba mi się" jest po prostu za długie i nie brzmi tak bliźniaczo podobnie do angielskiego "I like it!" jak zwycięzca czyli nasze "Lubię to!".
Zalajkować można coś chwilowo, do polubienia stąd raczej długa droga i nie zawsze możliwa.
(choćby w przypadku zdjęcia pierwszego zęba wnuczki cioci Gieni..).

Język to twór żywy, ewoluuje szybko. Gorąco wierzę, że coś nowego się pojawi w tym dziwadle językowym i wysadzi z siodła polskie "Lubię to".
Bo jeśli nie, to grozi nam lekka degeneracja. Będziemy namawiani do "(po-)lubienia" kolejnej i kolejnej błahej rzeczy aż to co naprawdę i trwale lubimy, co głęboko cenimy, straci na znaczeniu, bo zostanie zrównane z widokiem głupiej miny kolegi na zdjęciu.
Wtedy to można się pośmiać...

A propos śmiechu to tak, Lubię to!

środa, 10 kwietnia 2013

Geometria


Oczywiście w przyrodzie kształtów jest nieskończona ilość, ale ludzie też nie próżnują.
Widok z okna na dziś - przypomina trochę jakiś wykres, diagram... Interpretacja dozwolona :)

wtorek, 19 marca 2013

Pożegnania i comebacki



Dwa tygodnie temu uwieczniłam ostatnią ostoję zimy w Parku Szczytnickim, taki wycofujący się mini lodowiec pocący się w słońcu na zazielenionej lekko trawie..
Ale potem zima wróciła, niezdecydowana jakaś :) Czekamy dalej.

wtorek, 26 lutego 2013

Ulotne jak ulotka


Przyklejone ogłoszenie, wiata przystankowa na Kozanowie. Wisiało kilka godzin. Czy zdązyło zadziałać?

środa, 17 października 2012

Proszę o ciszę

Jechałam autobusem z Maślic w stronę centrum miasta.
Siedząc na jednym z tych wysokich, schodkowo ułożonych siedzeń ma się dobry widok na wszystko, co dzieje się poniżej.

Tym razem na scenie, czyli części autobusu bez miejsc siedzących, stały dwie dziewczyny. Przy każdym zakręcie czy hamowaniu pojazdu przesadnie głośno śmiały się, "prawie upadały" na kogoś i wyraźnie popisywały się przed kimś... lub też może zupełnie bez konkretnego adresata...
Może z przyzwyczajenia tak robią, anektując spokój pasażerów i przestrzeń publiczną (bo publicznego środka transportu). Może..
Tak myślałam chwilę omiatając wzrokiem wnętrze autobusu i trafiłam na dwóch chłopaków siedzących przede mną, trochę z boku. Rozmawiali w języku migowym, co na tej trasie między szkołą dla niesłyszących a miastem zdarza się często. Przyznam, że lubię patrzeć na ich rozmowy, ukradkiem oczywiście. I nie dlatego, że są dla mnie sensacją, raczej są relaksujące i harmonijnie piękne. Poza tym nie "podsłuchuję", bo nic a nic nie rozumiem :).
Dotarło do mnie, że ci dwaj młodzi to właśnie adresaci popisujących się dziewczyn.
One - niby niewinnie ale trochę też zaczepnie spoglądały na nich.
Oni - rzucali nieśmiało spojrzeniami zza rąk nie przerywając rozmowy na migi.

Sytuacja jakich wiele, już prosiła się o skwitowanie subtelnym uśmiechem, gdy nagle na kolejnej prostej autobusu usłyszałam słowa dziewczyn. Jak przystało na scenę i teatr całkiem po aktorsku... wypluwały potok wulgarnych słów, właśnie pod adresem tych chłopaków. Mówiąc o nich głośno najbardziej wstrętnymi przekleństwami jednocześnie uśmiechały się do nich dziewczęco i wdzięcznie.

Chłopcy tymczasem żywo gestykulowali, ale na ile mogłam zobaczyć z ich półprofili - byli zauroczeni dziewczynami.

W pierwszej chwili poczułam obrzydzenie - Jak one mogą tak perfidnie drwić z ich niepełnosprawności, mamić i ośmieszać!

Spektakl najwyraźniej je bawił a ja poczułam, że zaobserwowałam styk dwóch światów. Widziałam przedstawienie, które nie było przeznaczone dla mnie. Sama jestem sobie winna...

Ale może jednak scenariusz był inny?

Czy tak samo aktorsko wyrafinowani nie mogli być ci chłopcy? Może doskonale zdawali sobie sprawę z tego jak dziewczyny się z nich naigrawają? Może jeden z nich był słyszący i wszystko drugiemu opowiedział na migi? A jeśli czytali z ruchu warg?

Kto wie jakie migowe epitety i przekleństwa mogli werbalizować siedząc naprzeciw niczego nieświadomych dziewczyn?

Nie dowiem się niestety jak było...

Taka drama a i tak większość pasażerów kołysała się miarowo ze słuchawkami na uszach lub oparci o szyby..