czwartek, 8 kwietnia 2010

Zapachy Wielkanocy :)

Winda to twór uzyteczny. Winda w bloku to naprawdę konieczność (przed kilkoma laty, nie mieszkając w bloku, nie zaprzątałam sobie tym głowy, ale teraz 9 pietro bez sprawnej windy bywa wyzwaniem...).
Ale to banały i ja zupełnie nie o tym. Naprawdę fajną funkcją windy jest wożenie przez nią zapachów. Ta jej rola nasila sie w kazdy weekend a apogeum osiaga w święta, szczególnie te celebrowane pichceniem, gotowaniem, pieczeniem...
Na każdym piętrze rozpościera się inny kulinarny aromat, zwykle cięzki i charakterystyczny, jak: bigos, smazone mięcho, zbyt mocno przypieczona babka... Pominę te zupełnie nie do zdefiniowania ani zaakceptowania. Układają się te zapachy warstwami jak ciepłe tkaniny okrycia, jedne na drugich, na tyle tłuste, że wiszą uparcie i nie poruszają ich nawet otwarte okna. Niemieszalne. Ogromna aromatyczna chromatografia w skali 11 pieter.
Ale na szczęście zawsze znajdzie się sposób, aby ten stan zakłócić. Winda, ruszając i zatrzymując się z trzaskiem co chwilę, wozi ten zapachowy balast razem z pasażerami z piętra na piętro, z góry w dół i bezlitośnie miesza wypracowaną strukturę mas powietrza.
Uff, można wreszcie odetchnąć. Gdyby nie winda, mam wrazenie, ze zapach pieczonego wielkanocnego schabu z 8 piętra osiadłby tu co najmniej do lata...

wtorek, 9 marca 2010

Palcem po śniegu


Dwa miesiące temu -


Siedzę w pracy, w zimnym pokoju, bo to przy północnej ścianie i “zawsze tu zimno”. Rozcierając zmarznięte dłonie, z zazdrością patrzę za okno. Te dwie niebosiężne kolumny, dwa znaki szczególne Wrocławia, widoczne z każdego prawie miejsca miasta – kominy elektrociepłowni, są o dwa kroki stąd. Wypełniają prawie cały widok za oknem, a na ciemnym niebie zimowego zmroku nie widać granic kominów, kontury domyślnie są gdzieś pomiędzy czerwonymi światłami ostrzegawczymi. Jak to możliwe, że tak blisko elektrociepłowni, a w pomieszczeniu jest tak zimno. Zamarzają myśli. Palce nie trafiają w klawiaturę. I zazdroszczę tym chmarom ptaków, które najnormalniej w świecie wykorzystują potężne prądy wstępujące ciepłego powietrza nad kominami i krążą majestatycznie, wciąż i wciąż...


Ciekawe, czy wracają tu specjalnie, czy w ogóle im przeszkadza chłód, czy po prostu coraz to nowe ptaki trafiają na ten “cud” przypadkiem i ślizgają się na ciepłej fali dopóki nie wypłyną zbyt daleko by się wciąż unosić...


Kominy mnogości funkcji i znaczeń. Tu w roli twórcy prądów powietrza, czyli czegoś, co naturalnie w mym nizinnym mieście istnieć nie może.


Dla mnie Kominy są wyznacznikiem odległości od miasta, znakiem smutku powrotu z wycieczki, z wakacji... Przy odpowiedniej pogodzie, jadąc z Wału Trzebnickiego można o wiele wyraźniej dostrzeć kilka razy dalej położone Karkonosze niż bliski, ale zatopiony w zgniłej mgle Wrocław. Tak, jadąc z Trzebnicy możnaby pominąć istnienie mego miasta, gdyby nie... Kominy. One jak peryskop wyglądają ze smogu lub jak chorągiewka wbita w mapę. Irytujące.


A teraz ta cała skomplikowana instalacja elektrociepłowni daje ciepło miastu, które kurczy się w sobie, bo już dawno nie zaznało tak dużych mrozów. Przy okazji Wielki Demirg Ciepła robi frajdę ptakom, choć nijak nie przypomina stożka wulkanicznego...


Miesiąc temu -


Najpierw rzeczywistość zupełnie straciła kształty pod grubą warstwą śniegu. To już nie puchowa kołderka zmiękczająca kontury, tylko nawał bieli, która zabrała część rzeczywistości na całe tygodnie. Bo przecież coś, czego nie widać – praktycznie na razie nie istnieje.


Śnieg bezwstydnie wytknął nam miejsca opuszczone i niepotrzebne. To, co nie musi i nie jest odśnieżone, widocznie po prostu nie musi istnieć. Tylko użyteczne i konieczne ścieżki, dróżki, przejścia. Na resztę nie warto tracić sił. W ten sposób całymi tygodniami tkwią pod śnieżną pokrywą niektóre uliczki, chodniki, zakamarki czy podwórka. Skazane na zimowy niebyt. Co więcej los taki spotkał wiele samochodów. Można z nich wróżyć jak z warstw geologicznych... Ta fiacina męczy się pod półmetrową warstwą – czyli od Wielkiej Śnieżycy sprzed tygodnia nikt nawet fiaciny nie próbował odkopać. Tamtego auta nie widac wcale. Stoi jak dziwnie wypiętrzony pagórek na skraju chodnika. Skazane na nieobecność, postawiona kreska.


A ludzie mają szansę nie działać na pamięć, lecz wyznaczyć nowe ścieżki. Tabula rasa.


Wczoraj -


Znów spadł śnieg. Zaczynam jeszcze bardziej rozumieć naszych dawnych pogańskich przodków oddających cześć słońcu.


piątek, 5 lutego 2010

Leśne ludki wychodzą spod śniegu

Zawieje, zawieruchy itp klęski sprzyjają pracom ręcznym. Leśny ludek wyrusza w drogę. Szuka cieplejszych krain :)

poniedziałek, 18 stycznia 2010

Ile waży śnieżny puch

Na ulubionym targowisku, gdzie czas się zatrzymał. Po pierwszym ataku zimy. Po drugim - zapadł się dach. Z w a z y w s z y na ilość śniegu, to sprawa wielkiej w a g i.

Sprzed Świąt

Nie była to miss choinek, ale cała akcja wybierania jej, kupowania i przewożenia do domu na sankach, intensywny zapach lasu w domu po zapaleniu lampek.... Cudo.

wtorek, 10 listopada 2009

Podstawa programowa to podstawa!

Świat (mój świat :)) idzie czasem w dziwnym kierunku. Ostatnio dowiedziałam się, ze jezdząc z dzieckiem autobusem lub tramwajem spełnia się jeden z punktów nowej podstawy programowej wychowania przedszkolnego. Podobno obecnie juz "większość" dzieci nie wie co to środki transportu zbiorowego i jak się tam zachować - totalna egzotyka. Wnioski? Dziwna ta większość według mnie... Ja owszem dziecku memu zapewniam tę wiedzę praktyczną i trochę innych szkrabów równiez widzę po drodze.
A jeśli się mylę, to... biedne izolowane istotki, pod kloszem, w ciepłych, niezawodnych autach rodziców. Podwiezione od drzwi do drzwi. Próba zapewnienia bezpiecznego azylu wolnego od nieprzewidywalności MPK. Ale... brak ludzi, którym mozna się przyjrzec w autobusie. Brak zdrowego porannego marszu na przystanek... Kokon, który moze owocować bezradnością, gdy wreszcie kiedyś przyjdzie małemu człowiekowi pojechać tramwajem z przesiadką :).
A przecież ...wszystkiego być powinno w umiarze.

Może stąd biorą się potem te niesamodzielne kobiety, które trzeba podwozić do lekarza, fryzjera, sklepu, koleżanki i pracy oczywiście. Te, którym to się wydaje naturalne bez względu na okoliczności.
Może stąd wyrastają rzesze mężczyzn, co to nie potrafią przejść paru kroków piechotą i jadą samochodem choćby do kiosku na rogu po gazetę.

Ja osobiście zdecydowanie jestem za różnorodnością. Jest czas na matczyną ochronę przed niebezpieczeństwami, ale też na smakowanie, doświadczanie świata. Trzeba sobie radzić w dżungli, tej miejskiej także. I tego chcę uczyć.

wtorek, 27 października 2009

Jednostki czasu na Kozanowie


Kropla drązy skałę, a osiedlowe latarnie są toczone przez hektolitry psiego moczu.

Mierne trawniczki się nie liczą, za to kilka słupów oświetleniowych to świetne punkty graniczne. Granic terytoriów nakłada się kilkadziesiąt lub nawet kilkaset, bo bloki dookoła, setki klatek-mieszkań, w co trzeciej: pies, piesek, psisko. Dzień za dniem, w rytm skróconych do minimum spacerów, słup w pewnej strefie nad ziemią przyjmuje co chwilę kolejną dawkę trucizny, a kazda przybliza go do śmierci. Destrukcja - czas mijający na blokowisku.

Metal kontra lata terytorialnych zapędów.

Wreszcie korozja, słabe punkty, silniejszy podmuch międzyblokowego przeciągu i słup pada na trawę.

Ale czas nie staje nigdy. Juz pojawi się lada moment nowe wyzwanie - nowy słup graniczny. Nowa era.

Powrót do początku


O wszyscy poczęci szczęśliwie! :)))))

Podstępy postępu


Patrzę i nie wierzę. Przystań jachtowa koło Uniwersytetu? A podobno wokół Rynku trudno zaparkować... :)

Dziura w niebie


Notki z lata '09

Nie wiem dlaczego zamiast pisać tu, czasem jednak piszę gdzieś na kartkach. Potem to gubię. A... potem znajduję.

"O czym mamy gadać? O pogodzie?!..."

Są sytuacje i warunki, gdy ludzie dostają moralną dyspensę na rozmowy o pogodzie. Przestają one być czczą wymianą utartych zwrotów, zapchajdziurą stresujących chwil ciszy, gdy nie klei się rozmowa. Dyskusje o frontach atmosferycznych nabierają prawdziwie wojennego charakteru a prognozy, tak jak dawniej, gromadzą całe rodziny przed telewizorem. Od kilku tygodni panuje niepisane zezwolenie na to, aby jawnie bać się tego, czy znów będzie padać.

Bo teraz to coś więcej niż strach przed nieudanym banalnym grillem czy przemoczonym ubraniem. Stawką teraz jest to, czy czyjś dom będzie zagrożony powodzią, czy ktoś straci dorobek życia... Wszechmocny żywioł znów wprawia ludzi w rozpacz. Jedni się tłumaczą, inni załamują ręce.

A my wstydzimy się przyznać przed sobą, że mając tyle kontroli nad życiem i "naszym" światem, jesteśmy czasem tak samo bezradni jak nasi przodkowie w chatach krytych mchem i słomą. Tylko nam jest trudniej, bo niepotrzebnie wymyśliliśmy sobie, że jest inaczej.